06 sierpnia 2014

Rodzaje gości weselnych



Trwa sierpień, jesteśmy więc w samym środku sezonu ślubnego. Idąc na wesele warto wiedzieć z kim, poza para młodą i rzeszą najzwyczajniejszych miłych i uśmiechniętych gości, przyjdzie nam spędzić najbliższe kilka-kilkanaście godzin. W wyniku wielu lat obserwacji i analiza, autor poczynił pewne wnioski, którymi pozwolił sobie podzielić się z czytelnikami. Wyróżnia się kilka charakterystycznych rodzajów gości weselnych, zdarzają się też typy mieszane, ale większość da się zaobserwować w stanie nomen-omen czystym:

Weselny Wuja − facet powyżej 50-tki, który wraz ze wzrostem ilości wypitych kielonów staje się królem parkietu, mistrzem erudycji, geniuszem muzycznym i Don Juanem w jednym. Wygląda to tak, że wujo leci na każdą młodą a niezamężną pannę, męczy ją swoimi tanecznymi wygibasami próbując jednocześnie jak najwięcej wymacać. Przy zabawach oczepinowych jest już z reguły tak pijany, że ostatecznie robi z siebie pajaca i przy wtórze śmiechu odprowadzany jest przez czerwoną ze wstydu żonę do pokoju. Najczęściej żony cierpią w milczeniu, ale czasem potrafią nawet małżonkowi przywalić (podobnie jak partnerzy obłapianych panien).

Plotkara – występuje stadnie, prawie zawsze są to kobiety. Lubią obmawiać innych gości („Ty, popatrz jak się Teresie przytyło!”), nie wyłączając Młodych i ich rodziców. Unika zdjęć i tańca.



Osoba towarzysząca − nikogo nie zna, jej też nikt nie zna. Czuje, że weszła poniekąd na "krzywy ryj", więc stosuje zasadę "co zeżrę i wypiję to moje". Szybko się upija. czasem wchodzi w komitywę z Weselnym Wujem, ale zazwyczaj zjednuje sobie inne osoby towarzyszące, z którymi tworzy własną mini-imprezę.

Meloman − z uporem godnym lepszej sprawy będzie nagabywał orkiestrę o tę jedną, konkretną piosenkę (najczęściej z repertuaru disco-polo). Pół biedy, kiedy za zamawiany utwór wciska banknot z Jagiellonem, ale zdarza się, że swoich racji chce dochodzić upierdliwością lub agresją.

Sztywniacy − siedzą i skubią kotleta, tocząc po sali pełnym pogardy wzrokiem. Stale dają odczuć, że ich obecność tu to akt niezwykłej łaski dla Pary Młodej i wszystkich weselnych gości.

Dalecy kuzyni − nie widzieli się "wieki", więc skoro już się spotkali, to się napiją. Z tych kręgów czasem wywodzi się weselny wuja.

Wzruszona – płacze już przy błogosławieństwie, kontynuuje lanie ślozów przez całą mszę, a podczas podziękowania dla rodziców wpada w regularne spazmy. W zasadzie niegroźna. UWAGA: Przypadłość bywa zaraźliwa.

−  Najlepsza Dziunia w klubie – uważa się za skończoną piękność a doklejanie sobie różnych fragmentów ciała (paznokci, rzęs, włosów) za niezbywalny element kobiecej urody. Wesele to dla niej kolejna dyskoteka, na której można się pokazać. Częsty cel Weselnego Wuja i obiekt dogłębnych analiz Przyjaciół Pana Młodego.

 − Boski Alvaro – męska odmiana Najlepszej Dziuni w klubie, z którą często w okresie godowym łączy się w pary. Lubi zwracać uwagę – zawsze za pomocą tańca, często mięśni, nigdy rozumu. Jego filmowym pierwowzorom jest Psikutas bez „s” na końcu z „Chłopków…”. Bywa, że ma słaba głowę, a wtedy pamięć popisów tanecznych Boskiego Alvara znika szybciej niż wymiociny wsiąkające w jego marynarkę.

− Przyjaciółki Panny Młodej – rozrywkowa grupa szybkiego reagowania. Najczęściej atrakcyjne i świetnie zorganizowane – są w stanie rozkręcić każde wesele i wyprowadzić na parkiet nawet obsługę. Ładnie wychodzą na zdjęciach, biorą udział w zabawach weselnych, a dzięki zwartemu szykowi tańca są w stanie skutecznie odpierać awanse i zaloty Weselnych Wujów.





Przyjaciele Pana Młodego – Porzućcie wszelką nadzieję, którzy z nimi pijecie. To odział zaprawionych w bojach alkoholowych zawodowców. W pojedynkę do ogrania, w grupie stanowią śmiertelne zagrożenie − zarówno dla mężczyzn (upiją do nieprzytomności), jak i kobiet (wesele to przecież świetna okazja do sprawdzenia tych „1001 sposobów na błyskawiczny podryw” opisanych w Necie). Jeśli na weselu ma zdarzyć się coś głupiego to prawie na pewno będzie to ich zasługa („Csso? Ja tego niiie srrrobię? Jja? Potrzymaj mi kielona i pacz!). Przez kolejne toasty idą z szybkością szarży husarskiej, wytracając impet dopiero w porze śniadaniowej dnia następnego kiedy zasypiają na stołach po uprzednim odśpiewaniu kilku szant, „Pszczółki Mai” i „Sokołów”. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz